O autorze
Zawsze interesowało mnie, jak ludzie funkcjonują w organizacjach, co sprawia że są efektywni, że chcą współdziałać, a co nie. Za szczególnie ciekawe uważam zagadnienia zarządzania wiedzą i tworzenia innowacji. W tym blogu, tym tematom poświęcę pewnie najwięcej uwagi. Miałem to szczęście, że od początku przemian gospodarczych w Polsce, mogłem w nich aktywnie uczestniczyć i starałem się, aby to, co robię było korzystne nie tylko dla mnie i firm, które tworzyłem, ale również dla Polski. Swego czasu organizowałem prawdopodobnie pierwsze targi pracy w Polsce, moja firma prowadziła jedne z pierwszych szkoleń dla maklerów giełdowych, a następnie badania rynku wynagrodzeń etc. Dziś zajmuję się, na co dzień głównie komercjalizacją wynalazków i przebudową polskiego ekosystemu innowacji. I o praktycznych doświadczeniach z tym związanych też będę pisał.

W oczekiwaniu na innowacyjny przełom

Wokół innowacji w Polsce panuje od pewnego czasu szczególny klimat, który określiłbym jako mieszaninę optymizmu i frustracji. Z jednej strony daje się zaobserwować pragnienie innowacyjnego przełomu. Wyglądamy niecierpliwie, jak przysłowiowa kania dżdżu, jakiegoś spektakularnego sukcesu polskiej myśli technicznej. Chcielibyśmy, aby polski wynalazek, dzieło naszych genialnych naukowców, podbiło świat, dało początek„polskiej Nokii”. Jest w tym wypatrywaniu też coś, co ujawnia jakąś prawdę o nas – Polakach.

Chodzi o dość powszechne w wielu środowiskach poczucie niespełnienia, nieusatysfakcjonowania dzisiejszym poziomem i dynamiką rozwoju naszego kraju. Jest to również swoisty przejaw dumy narodowej manifestującej się w przekonaniu, że stać jest nas na więcej niż produkcję ekranów LCD, foteli samochodowych czy mebli, niczego tym branżom nie ujmując. Intuicja podpowiada nam, że drzemie w nas duży i niewykorzystany potencjał – wierzymy, że możemy podbić świat naszą kreatywnością, przebojowością, zdolnością do kombinowania (w dobrym sensie tego słowa). Dochodzi do tego zniecierpliwienie, że we wszelkich rankingach innowacyjności nasza Najjaśniejsza wciąż pozostaje daleko w tyle za główną stawką, choć jak ostatnio celnie zauważył Krzysztof Klincewicz (link), wiarygodność niektórych powszechnie wykorzystywanych statystyk może się okazać wątpliwa. 

Prawdę mówiąc podoba mi się ta niecierpliwość, ponieważ jest zarzewiem wielu ciekawych inicjatyw, spotkań, dyskusji i analiz oraz prowokuje do pytania – co możemy zrobić lepiej, każdy z nas w tym miejscu, w tej roli w jakiej się aktualnie znajduje, aby uwolnić potencjał kreatywności naszego bez mała 40 milionowego narodu. Jeżeli ta „innowacyjna gorączka” przeistoczy się w dziesiątki, setki i tysiące przedsięwzięć na uczelniach, w instytutach i przedsiębiorstwach, to być może ilość przerodzi się w jakość (zapomnijmy na chwilę kto ukuł to sformułowanie) i ostatecznie Polska da początek niejednej globalnej firmie technologicznej, której logo będzie rozpoznawalne pod wszystkimi szerokościami geograficznymi.

Same pieniądze nie wystarczą
Ale jest też coś, co w tym klimacie niepokoi. Chodzi mi o naiwne przekonanie, że samo prawo wielkich liczb załatwi sprawę, że zwielokrotniając nakłady na B+R+I, dzięki niemałemu wsparciu z Brukseli, stworzymy w Polsce drugą Dolinę Krzemową. Niestety, w innowacjach, tak jak piłce nożnej, same pieniądze nie grają - jeżeli zwiększonej puli środków nie będzie towarzyszył wysiłek na rzecz podniesienia kompetencji kluczowych dla wdrażania nowych technologii, to efekt nowych programów operacyjnych będzie rozczarowujący. Często mam wrażenie, że lekceważymy istotne luki kompetencji różnych aktorów rynku innowacji. Skupiamy się na tym, aby zwiększyć podaż środków publicznych, aby zaangażować do inwestycji w innowacje kapitał prywatny. Czy jednakwystarczająco inwestujemy w tzw. zdolności absorpcyjne dla tych środków? Są one pochodną tego, jakie są motywacje, wiedza i umiejętności w obszarze rozwoju nowych technologii czy transferu technologii z nauki do biznesu.

Jedną z kluczowych dla innowacji kompetencji (kompetencję rozumiem tu szeroko, jako kombinację wiedzy, umiejętności, ale również zdolności organizacyjnej) jest ocena projektów technologicznych. Potrzebna jest ona praktycznie wszystkim uczestnikom ekosystemu innowacji – naukowcom, pracownikom centrów transferu technologii i spółek celowych uczelni oraz prywatnym inwestorom i liderom prywatnych firm. W pierwszym rzędzie jednak musi ona być rozwijana w tych instytucjach publicznych, które udzielają dotacji na projekty badawczo-rozwojowe, ponieważ biorąc pod uwagę, że w ramach PO IR będą one dysponowały środkami rzędu 10 mld Euro, podniesienie stopy zwrotu z tych funduszy o 1%, dzięki lepszej efektywności oceny wniosków, przekłada się na dodatkową wartość w wysokości 100 mln Euro. Jest więc dobry powód, aby się nad tematem pochylić.

Z racji mojego zawodu miałem okazję na przestrzeni ostatnich paru lat oceniać kilkaset projektów badawczo-rozwojowych, brałem też udział w kilku gremiach zajmujących się selekcją najlepszych pomysłów na innowacje zarówno w środowisku korporacyjnym jak i publicznym. Kiedy porównuję przebieg procesu ewaluacji, jaki jest stosowany w różnych programach i konkursach w Polsce, z praktykami międzynarodowymi, dochodzę do wniosku, że wciąż jest nam daleko do najwyższych standardów. Nowa perspektywa finansowa UE stwarza jednak moim zdaniem niepowtarzalną szansę, aby podnieść zarówno sprawność (mierzoną średnim czasem oceny wniosku) jak i trafność (ocenianą odsetkiem dofinansowanych projektów, które odniosły sukces) tego procesu. 

Co należy poprawić? 
W tym artykule skupię się na tym, aby przedstawić główne wektory potrzebnych moim zdaniem zmian, a w kolejnych postaram się bardziej szczegółowo omówić podejście do oceny takich kryteriów jak ocena przewag konkurencyjnych technologii, analiza potencjału rynku czy strategii ochrony własności intelektualnej.

Niewidzialne rafy
Ocena innowacyjnych projektów biznesowych różni się zasadniczo od oceny tradycyjnych biznesplanów. Czym innym jest planowanie sprzedaży i marży nowego wybielacza do tkanin, który da nam biel jeszcze bielszą, a czym innym samochodu napędzanego ogniwem wodorowym. Podstawową różnicą jest to, że model innowacyjnego biznesu zwykle opiera się na wielu trudno weryfikowalnych założeniach dotyczących charakterystyki nowego produktu (lub usługi), jego kosztów wytworzenia, spodziewanym udziale w rynku (oczekiwane reakcje klientów i konkurentów) etc.

Jednym słowem, konstruowanie biznesplanu na produkt, który jest póki co tylko koncepcją w głowie jego twórców przypomina planowanie nawigacji po wodach, w których wiemy, że istnieje wiele raf, ale nie są one ani widzialne, ani nawet w istotnej części naniesione na mapy. 

Zamiast precyzji liczb, precyzja założeń
Biorąc powyższe pod uwagę nie powinno dziwić, że według niedawno przeprowadzonego badania przez BCG „The most innovative companies: Breaking through is tough to do”, ok. 80% spośród najbardziej innowacyjnych firm dopuszcza do realizacji projekty badawczo-rozwojowe, które nie mają gotowych projekcji przychodów.Po prostu liczba niewiadomych jest zbyt duża i dokładne projekcje byłyby obarczone zbyt dużym ryzykiem.

Dlatego tak często okazuje się, że o ile w standardowym planowaniu biznesu, uwagę przywiązuje się do precyzyjnego przedstawienia projekcji kosztów i przychodów, o tyle przy ocenie projektów naprawdę innowacyjnych, ważniejsze jest ujawnienie i poddanie pod dyskusję, często ukrytych, niewypowiedzianych założeń dotyczących modelu biznesowego i spodziewanej ewolucji rynku. 

Ponieważ zakładamy, że poszczególne założenia naszego przedsięwzięcia biznesowego możemy oszacować jedynie z dużym marginesem błędu, ważniejsze od samego wyniku projekcji finansowych jest poznanie wrażliwości modelu biznesowego na takie parametry jak tempo dyfuzji technologii (warto tu odwołać się do badań Everetta Rogersa), zmienne koszty produkcji, czy cena którą można uzyskać. Wielokrotnie zdarza się, że pomysłodawcy nie potrafią dobrze zebrać danych źródłowych do swoich projekcji, albo niewłaściwie je interpretują. Na przykład dla oszacowania dynamiki wzrostu segmentu rynku (np. smartfony z systemem operacyjnym Android) używane są statystyki dla rynku podstawowego (telefony komórkowe) lub na odwrót. Dlatego moja propozycja jest taka: nie obciążajmy wnioskodawców obowiązkiem tworzenia precyzyjnych 7-letnich projekcji przychodów, z podziałem na różne rynki i produkty, ale poprośmy o dokładne wskazanie, na jakich danych opierają się kalkulacje wnioskodawcy dotyczące zarówno kosztów jak i przychodów.

Większa transparentność 
Kiedy mam okazję rozmawiać z autorami wniosków o dotacje, obojętnie, czy są to przedsiębiorcy czy naukowcy, najczęściej ich krytyka dotycząca procedury oceny wniosków dotyczy jej nieprzejrzystości. Szczególnie w tych programach, w których eksperci oceniający pozostają w pełni anonimowi, podnoszone są zarzuty o ich przypadkowym doborze, niekompetencji czy wręcz braku niezależności. Trzeba wyjść naprzeciw tym wątpliwościom i zadbać o to, aby zobiektywizowana została ocena merytoryczna (np. poprzez bardziej staranny dobór ekspertów oraz wykorzystanie w sposób regularny globalnych baz patentowych i baz publikacji naukowych). Konieczne jest też zredukowanie ryzyka konfliktów interesów zarówno pomiędzy ekspertami i wnioskodawcami jak i w ramach konsorcjów wykonawczych (np. za pomocą bardziej precyzyjnych oświadczeń o niezależności ekspertów oraz wykorzystanie nowoczesnych narzędzi analizy sieci powiązań biznesowych typu przeswietl.pl).

Szybki rozwój technologii big data, analizy sieci społecznych i wyszukiwania semantycznego zaowocowały istotną poprawą skuteczności aplikacji służących ocenie technologii, takich jak Questel, Thomson Innovation, Patbase czy Patsnap. W uzasadnionych przypadkach, np. tam gdzie brakuje ekspertów o specjalistycznej wiedzy z danej, wąskiej dziedziny nauki, można skorzystać z ekspertów zagranicznych lub z usług firm doradczych oferujących triage assessment – czyli wstępną ocenę potencjału projektu. 

Liczą się ludzie a nie dokumenty
W większości konkursów dotyczących przedsięwzięć innowacyjnych procedura ewaluacyjna skupiona była na ocenie dokumentów złożonych przez wnioskodawców. Brakowało natomiast jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu z twórcami pomysłu, np. poprzez prezentację projektu przed panelem ekspertów. Jest to być może największa wada stosowanych dotychczas procedur. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że uniemożliwia ekspertom oceniającym wyjaśnienie wątpliwości, które z pewnością pojawiają się przy lekturze wniosków. Formularze wniosków narzucają ograniczenia, co do liczby znaków, co utrudnia precyzyjne przedstawienie i uzasadnienie koncepcji. Po drugie, ważnym czynnikiem sukcesu w projektach innowacyjnych są czynniki, które w sporcie nazywa się wolicjonalnymi, a więc motywacja, elastyczność czy determinacja. Doprawdy trudno je zweryfikować poprzez lekturę formularzy, natomiast bezpośredni kontakt z wnioskodawcą daje już taką możliwość.

Naturalnie przedstawiłem tu tylko wybrane aspekty oceny projektów badawczo-rozwojowych, które wydają mi się szczególnie istotne, zapraszam do zgłaszania Państwa sugestii, odnośnie tego co można i należy zmienić, aby dofinansowanie trafiało do rzeczywiście najlepszych.
Trwa ładowanie komentarzy...